Blog - O rzucaniu kamieniem z nienagannym manicure’em: Krótki kurs świętoszkowatości!

MoodSens.pl (10)

Czy zdarzyło Ci się kiedyś poczuć tę słodką, niemal erotyczną dreszczową przyjemność, gdy mogłeś kogoś publicznie potępić? O tak, moralne oburzenie to najtańszy narkotyk świata. Zapraszam Cię do tekstu, w którym przyjrzymy się naszym wewnętrznym inkwizytorom z przymrużeniem oka – zanim sami spalimy się na stosie własnej powagi.


Ach, ten cudowny moment, gdy sąsiad wyrzuca plastik do papieru, albo znajomy z pracy przyznaje się, że nie czyta Dostojewskiego do poduszki! Czujesz to? To nagłe wyprostowanie kręgosłupa, ten błysk w oku, ten ciepły prąd przepływający przez serce: „Och, dzięki Ci, Egzystencjo, że jestem od niego lepszy”.

Witamy w krainie moralizującego ostracyzmu – dyscypliny sportowej, w której nie potrzebujesz kondycji, a jedynie bardzo długi i bardzo celny palec wskazujący.

Moralizowanie jest jak tanie perfumy: na początku wydają się atrakcyjne, ale po godzinie w windzie wszyscy mają ochotę otworzyć okno. To fascynujące, jak bardzo lubimy budować własne pomniki na gruzach cudzych błędów. Tworzymy sobie kluby „Czystych i Sprawiedliwych”, w których jedynym warunkiem członkostwa jest znalezienie kogoś, kogo można z nich wyrzucić.

Społeczeństwo kocha ostracyzm. To taki darmowy teatr. Ktoś popełnił błąd? Świetnie! Wyciągnijmy go na środek cyfrowego placu zabaw i rzucajmy w niego przymiotnikami. „Niemoralny”, „nieodpowiedzialny”, „toksyczny”. Jakże profesjonalnie te słowa brzmią w naszych ustach, gdy sami siedzimy w szlafroku, jedząc chipsy i udając, że panujemy nad własnym życiem!

Prawda jest taka, że moralizator to po prostu ktoś, kto bardzo skutecznie ukrywa własne cienie pod dywanem, a potem krzyczy na innych, że mają zakurzone buty. To gra w chowanego, w której oszukujemy samych siebie. Osho zawsze się z tego śmiał – mówił, że święci to często tylko ci, którzy nie mieli jeszcze okazji, by zgrzeszyć w sposób spektakularny.

Kiedy kogoś wykluczasz, kiedy patrzysz na kogoś z góry, bo „nie dorasta do Twoich standardów”, budujesz mur. A wiesz, co jest najsmutniejsze w murach? Że ten, kto je buduje, ostatecznie zawsze zostaje po ich wewnętrznej stronie – sam, w sterylnym i przeraźliwie nudnym więzieniu własnej doskonałości.

Jak się z tego wyleczyć? Śmiechem! Nic tak nie zabija moralnego nadęcia jak solidna porcja autoironii. Następnym razem, gdy poczujesz pokusę, by kogoś „profesjonalnie potępić”, spróbuj zrobić coś rewolucyjnego: spójrz w lustro i mrugnij do siebie. Pamiętaj, że wszyscy płyniemy na tej samej, nieco dziurawej łodzi, a nasze aureole są zazwyczaj podtrzymywane przez bardzo krzywe druciki.

Nie potrzebujemy więcej sędziów. Świat jest już przepełniony prokuratorami w mediach społecznościowych i katami przy niedzielnych obiadach. Potrzebujemy ludzi, którzy potrafią powiedzieć: „Ja też bywam idiotą, chodź, napijmy się herbaty”.

Zamiast rzucać kamieniem, spróbuj nim żonglować. Jest z tego znacznie więcej zabawy, a i ryzyko, że komuś rozbijesz głowę (lub własne złudzenia), jest znacznie mniejsze.

MoodSense - moodsense.pl

Jeśli artykuł Ci się spodobał, będzie nam bardzo miło, jeśli udostępnisz go na swojej stronie lub prześlesz znajomym. A jeśli masz pytania, śmiało napisz do nas: kontakt@moodsense.pl – z przyjemnością odpowiemy! Jesteśmy wdzięczni za zainteresowanie i ciepło pozdrawiamy!

Udostępnij znajomym:

Dołącz do nas